Dawno, dawno temu…

Dawno, dawno temu…

 

Egipt, Hurghada, słońce, cudowny klimat i to nie tylko pod względem geograficznym – moje marzenia. Jestem teraz w Polsce, oczekując kolejnego wyjazdu do tej wspaniałej krainy. Przygotowuję się do kursu AOWD. Czytam artykuły o nurkowaniu, powtarzam to, czego się już nauczyłam, uczę się nowego. Całe moje działanie sprowadza się do tego by być bliżej Egiptu, bliżej ludzi, których poznałam za pierwszym razem. Wspominam, marzę i zachwycam się odkryciem człowieka, które pozwoliło, by wielu z nas, mogło zasmakować tej podwodnej przygody. Rozkoszując się wspomnieniami sięgam ciut dalej. Dwadzieścia jeden lat temu po raz pierwszy zetknęłam się z tym doświadczeniem. Ale kiedyś nie było tak łatwo. Pamiętam, że zapisałam się na kurs we wrześniu, a egzaminy miały być w czerwcu połączone z nurkowaniem w kamieniołomach. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu, w miejscowości odległej o 20 km od mojego miejsca zamieszkania. Najpierw była teoria, a następnie 90 minut na basenie. Pochłaniało to strasznie dużo czasu bo wyjeżdżałam z domu o godz.16:00 a wracałam o 23:00. Nie miałam wtedy samochodu więc wszędzie musiałam dojechać autobusem, pociągiem lub dojść pieszo. Nie miało to też nic wspólnego z dzisiejszą przyjemnością nurkowania. Była to raczej ciężka harówka, skupiająca się na wyczynowym pływaniu. Teorię trzeba było zakuwać z najdrobniejszymi szczegółami. Miałam wrażenie jakby przygotowywano nas do pracy w zakładach produkujących sprzęt nurkowy. Oprócz działania trzeba było znać np. budowę automatu ze szczegółami, rodzaje materiałów z których zbudowany jest sprzęt itp. itd. MASAKRA. W tej całej złożoności sytuacji cały zachwyt gdzieś się ulotnił. Teraz jeżeli czegoś nie rozumiem, mam pod ręką instruktora, który mi zawsze wszystko wyjaśni. Kiedyś nie było na to czasu, gdyż grupa liczyła ponad 15 osób, a doszkolić się można było samemu z notatek lub z ciężko zdobytej książki o nurkowaniu. Również mój sprzęt ABC ktoś mi przywiózł po znajomości z Rosji. Nie patrzyło się wtedy na jakość czy kolory, brało się to co było. Nawet przyciasne płetwy. Na całą grupę przypadały trzy komplety pianki, kamizelki (kiedyś było to chomąto) no i trzy butle. Ćwiczyliśmy na zmianę, ale to też była nagroda. Najpierw szedł ten kto pierwszy przepłynął odpowiednią  ilość basenów kraulem, żabką i na plecach. Kto skończył za późno, za karę musiał „deptać kapustę” (Będąc w pozycji pionowej nogi pracowały do żaby a rękoma się klaskało, i tak przez 5-10 minut). Sprzętu też nie mieliśmy na wszystkich zajęciach. Tylko co jakiś czas, bo był to towar deficytowy i bardzo drogi. Tak więc, w większości uczyliśmy się pływać na bezdechu, doskonaląc technikę pływania. Zanurzaliśmy się głową w dół, a nie tak jak obecnie w pozycji pionowej, aby nie utracić orientacji. Nie było też alternatywnego źródła powietrza, dlatego uczyliśmy się oddychać z jednego automatu na zmianę. Jednym słowem ciężka praca i duży wysiłek. Najśmieszniejsze, a może najżałośniejsze było to, iż teoretyczne egzaminy końcowe były tak trudne jak dla instruktorów i nikt z nas nie zdał, a do poprawki nie doszło, bo nasza grupa rozleciała się, a nasi nauczyciele gdzieś się ulotnili. Tak więc cały rok szkolenia i moje oszczędności poszły na marne. Czasami wspominałam tamte chwile, lecz nie na tyle realnie, by zaczynać wszystko od nowa. Nie wyobrażałam sobie, że świat poszedł z takim postępem również w tej dziedzinie. Dlatego los dał mi jeszcze jedną szansę. Nie myślałam, że w moim wieku będę gotowa na „powtórkę z rozrywki”. Ale życie postawiło na mej drodze człowieka, który przedstawił mi te sprawy w nowym świetle. W obecnych czasach dostępność sprzętowa i logistyczna jest tak prosta, że każdy kto tylko ma na to ochotę może zacząć nurkować. Zajrzeć choćby na chwilkę do podwodnych otchłani. Wystarczą tylko 4 dni by stać się nurkiem rekreacyjnym. Można to zrobić u nas na basenie w tym jeden dzień na wodach otwartych, lub cały kurs można przeprowadzić przebywając na wczasach w ciepłych krajach. Tym razem los odwdzięczył mi się i podrzucił mnie nurkom 🙂  – jako projekt do weryfikacji starych umiejętności 🙂 , gdzie mogłam wchłaniać to co kiedyś sprawiało mi trudność. Przy takich instruktorach nie trzeba wiele wysiłku, by się czegokolwiek nauczyć. Wiedza sama wchodziła do głowy, a doświadczenie zdobywa się ucząc od najlepszych. Tu nie ma niczego w nagrodę, wszystko jest w standardzie, cały sprzęt {jak nie ma się swojego} można wypożyczyć i ma się go tylko dla siebie, oczywiście na czas nurkowań 🙂 (do domku mi nie dali 🙂 ). Cała teoria jest przekazywana werbalnie, a wiele rzeczy jest pokazane na filmach. Tak więc człowiek nie musi już sobie wyobrażać – wystarczy, że będzie naśladować i ćwiczyć razem z instruktorem. Jeden nauczyciel może mieć do 6 uczniów, więc dla każdego znajdzie czas i w razie potrzeby wyjaśni czy pomoże. Wchodząc na ich łódź wkraczamy do magicznego świata, świata beztroski i radości. Tam człowiek mimo wcześniejszego strachu i niepewności staje się wyciszony i spokojny. Cała załoga jest tak ciepła, że człowiek czuje się jak w rodzinie, pod troskliwą opieką. Wszystko jest na swoim miejscu. Jest czas na zabawę, szaleństwo, po czym przychodzi czas na naukę i chwilę skupienia przed wejściem do wody, by zachować wszelkie zasady bezpieczeństwa. Jest to zakątek, gdzie każdy czuje się wspaniale, oaza dobroci. Zapraszam tu każdego kto chciałby swoją szarą rzeczywistość zmienić w przepiękną baśń, gdzie nie ma krzyku, złości, a ludzie wynoszą doświadczenia z tej „cichej” krainy i porozumiewają się jak cały podwodny świat – wyczuciem, spojrzeniem i SERCEM.