Ja i Krowa Morska (Dugong)

Ja i Krowa Morska (Dugong)

To już kolejna moja relacja, tym razem z Marsa Alam. Kto tam jeszcze nie był, to niech uwierzy, że równie dobrze mogłaby to być relacja z Marsa :-).  Jest to miejscowość położna ok. 300 km na południe od Hurghady. Bardzo broniłem się przez wyjazdem do Marsa, ponieważ dobrze wiedziałem że jest tam tylko piasek i nic więcej. Od naszego centrum do najbliższego sklepu jest 10 km. Ale jako że odbywałem praktyki jako DM w bazie w Hurghadzie to musiałem poddać się woli przełożonych i na tydzień pojechać do ich bazy w Marsa Alam :-). Teraz wiem, że była to kolejna fajna przygoda i całe mnóstwo nowych doświadczeń. Niemalże dziewicze rafy, ogromne, puste plaże, po których spacerują kraby. Różnorodność morskich stworzeń, które spotyka się na długich i pustych, jeszcze nie zdeptanych przez turystów plażach. No i DUGONG, nikt dokładnie nie wie czy jest ich więcej. Pokrótce powiem, że to ogromna krowa morska. Krowa – zapewne dlatego, że dosłownie, pasie się na dnie morza, rozkoszując się morską trawą, co do dokładniejszego opisu tego stworzenia to poszukajcie go na stronie albo w słownikach :-). Wspaniały widok!! Ogromny ssak, niczym hipopotam. Pozwalająca na zbliżenie, a nawet dotknięcie. W ogóle nie zwraca uwagi na zachwyconych nurków, którzy mogą przy niej usiąść i podziwiać jej słodkie minki. Jest tak duża, że jeden człowiek śmiało może się za nią schować i tak ospała, że nawet mniej doświadczony płetwonurek nadąży za nią, aby nacieszyć się jej widokiem.  Moje spotkanie z nią było fajnym przeżyciem. Płynąc w toni zobaczyłem z daleka duży kawałek ryby przypominający trochę delfina 🙂 . Po dopłynięciu okazała się że jest to zbyt wolne i ślamazarne aby był to delfin. Po opłynięciu zobaczyłem ten śmieszny ryjek z małymi oczkami. To było super 🙂 . Dugong zanurzył się na dno, a my wszyscy za nim. Patrzyliśmy jak swoim ryjkiem wciąga trawę z dna morza, nic nie robiąc sobie z naszej obecności. Wszyscy zdążyli porobić sobie zdjęcia z dugongiem, robiąc różne pozy i miny, a on niewzruszenie wsuwał trawę. Ciężko było się z nim rozstać, ale na manometrach już wskazówka zbliżyła się do 50 barów, więc jeszcze pożegnalne zdjęcie i do góry :-).

Muszę przyznać, że każde nurkowanie w Marsa Alam było spotkaniem z jakimś pięknym, ciekawym okazem. Ogromne żółwie, których nie widziałem w innych kurortach, ośmiornice, delfiny, rekiny ( White tip), były na porządku dziennym. Udało mi się również zobaczyć orlenia – bardzo rzadko spotykaną rybę.

Marsa Alam to jak na razie oaza spokoju. Nie ma tu ulicznego gwaru, nocnego życia na mieście, pubów i sklepów z pamiątkami. Mieszkałem w bazie, która składa się z pojedyńczych domków krytych trzciną i domków prawie że wykutych w skale. Niepotrzebna mi była klimatyzacja, dzięki czemu nie miałem problemu z bólem gardła i chociaż do najbliższego sklepu z napojami jest ok. 10 km, to warto odwiedzić to miejsce, bo wkrótce stanie się ono tak samo komercyjną miejscowością jak inne. Mimo jego uroków ucieszyłem się na myśl o powrocie do Hurghady i do sklepów na wyciągniecie ręki. Myślę, że Marsa nie jest jeszcze przygotowane na przyjmowanie turystów w pełnym wymiarze tego słowa – to wciąż jeszcze zakątek na tak zwanym krańcu świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.