Kurs AOWD – Jacek

Kurs AOWD – Jacek

Mój kurs na AOWD

Nie pamiętam dokładnie kiedy postanowiłem zrobić AOWD. Decyzja zapadłą w ciągu kilkunastu sekund. Przynajmniej nie będę musiał – tak pomyślałem – szorować pokładu, kiedy znajoma ekipa będzie miała w planie ,,zaliczyć’’ głębiny Morza Czerwonego 🙂

No i się zaczęło…..

Dzień pierwszy – nurkowanie wrakowe….

Zamiast spokojnego wprowadzenia się w ponowny stan podwodnej lewitacji, musiałem na dzień dobry:
– wstać o 4 rano,
– przeżyć niezłe kołysanie statkiem podczas kilkugodzinnego rejsu, zanim dopłynęliśmy do celu,
– wskoczyć w pełnym ,,uzbrojeniu’’ nurkowym do pontonu motorowego, który kołysał się na falach, jak Stefan Batory podczas sztormu na Morzu Północnym,
– trzymając się za linki przymocowane do zewnętrznych burt pontonu wyglądaliśmy jak Navy Seals spod Skierniewic, co doprowadziło nas do takiego wybuchu salw śmiechu, że stres związany z zalewaniem metrowymi falami pontonu szybko się ulotnił!
– zgodnie ze zdobytą wiedzą z amerykańskich filmów akcji z James’em Bond’em w roli głównej (tudzież z Podwodnego Świata Jacques’a Cousteau 🙂  ) musiałem wykonać klasyczną wywrotkę to tyłu; dzięki Bogu poprzedzona ona była wcześniejszą podpowiedzią pewnego byłego mieszkańca Wejherowa, żeby usztywnić nogi podczas takiego wchodzenia pod wody, bo inaczej można szybko poczuć własne kolana gdzieś w okolicy swoich zębów.
Mimo wszystkich takich ,,atrakcji’’ na początku pierwszego dnia nurkowania, które mogą się na pierwszy rzut oka wydawać średnio przyjemne, mogę śmiało powiedzieć: WARTO BYŁO TO PRZEŻYĆ!
Oglądanie świetnie zachowanych wraków było niesamowitym przeżyciem. Mimo różnych głębokości, na jakich one spoczywały, we wszystkich miejscach były doskonale oświetlone światłem słonecznym. Dzięki takim przeszkodom, jak wraki, można bardzo dobrze poćwiczyć pływalność, umożliwiającą bezpieczne przepływanie przez różne… rzeczy 😉
A i jeszcze jedna atrakcja na koniec nurkowania z pontonu. Aby się na niego z powrotem dostać trzeba było najpierw zdjąć w wodzie jacket, potem pas z ołowiem (wskazane jest myśleć o tych, co nurkują pod nami 🙂 , a na końcu płetwy. Potem to już tylko trzeba było się dostać na pokład pontonu wszelkimi możliwymi sposobami: na foczkę – pchają ciebie koledzy od dołu, na polityka – sam się pchasz, na topielca – wciągają ciebie z łodzi, na Maćka – zapominają ciebie wciągnąć na pokład. 🙂
Dzień drugi, trzeci, czwarty i piąty – różne atrakcje każdego dnia!
Polecam nurkowanie głębokie – nie zapomni się nigdy tych 30 metrów, które się ,,zaliczyło’’ po raz pierwszy. Najpierw cały poranek człowiek myśli przed tym zadaniem, potem schodząc pod wodę spostrzegawczość drastycznie spada (bo przecież zaraz będzie 30 m!); coś tam inni pokazują na dnie, a ty i tak nic nie widzisz, poza myśleniem o tych 30 metrach; czekasz na objawy narkozy azotowej, serce wali jak cholera a na głębokościomierzu wskazówka niebezpiecznie zaczyna się zbliżać do tej 30-tki (właśnie minęła z ogromną szybkością 10 metrów… 🙂 ). W pewnym momencie zaczyna się robić spokojniej. Pływalność zdecydowanie lepsza, oddech już miarowy, tętno spadło do normalnego poziomu i ani się spostrzegłem, a tu 30 metrów. Narkoza azotowa jednak się ujawniła podczas wykonywania zadań logicznych, bo kiedy na kartce od instruktora przeczytałem pytanie o PIN do mojej karty kredytowej, to stwierdziłem u siebie głębokościowy objaw halucynogenny – a może to właśnie jego dopadła? 🙂
Nawigację na powierzchni i pod wodą można zrobić ze 100% poprawnością. Wystarczy tylko trochę wcześniej zrobić wizualizację trasy do ,,zrobienia’’ – polecam zdecydowanie płynąć w poziomie) i odrobinę logicznego myślenia (szczególnie przy ustawienia bezela kompasu na 380 stopni… ;). Chcąc zachować idealny kształt kwadratu, o boku 20 machnięć płetwą, byłem zdecydowany staranować jedną ze skał, która na szczęście dla niej samej, przesunęła się w ostatniej chwili pozwalając mi płynąć kilka centymetrów obok siebie, ale za to bez zmiany kierunku (ach to dążenie do perfekcjonizmu w… nawigacji podwodnej 🙂
Z ciekawostek warto jeszcze wspomnieć skok w dryfcie, który pod pewnym względem przypominał skok ze spadochronem z samolotu. Różnica była taka, że nie tylko z pokładu, ale i z wody dochodziły krzyki, aby się nie ociągać… I jak tu się można delektować taką chwilą? (następnym razem skoczę temu najbardziej krzyczącemu z wody na głowę – zapamiętałem go dobrze… 🙂
Po szczęśliwym zaliczeniu wszystkich zadać, a przed oficjalnym otrzymaniem papierka potwierdzającego zdobycie uprawnień płetwonurka AOWD musiałem przejść jeszcze jedną próbę, o której raczej nie będę tutaj wspominał – trzeba ją samemu przeżyć 🙂
Teraz przyszła refleksja co dalej ze zdobywaniem kolejnych uprawnień? Instruktorem to raczej nie będę, ale chciałbym zdecydowanie zrobić kurs rescue. W naszych czasach warto posiadać umiejętności ratowania życia innych nie tylko w wodzie, ale przede wszystkim na lądzie. Oby tylko korzystać z nich jak najrzadziej, czego sobie i Wam życzę.

Pozdrawiam,
Jacek