Kurs instruktorski – Walid

Kurs instruktorski – Walid

Jak Walid został Waldkiem czyli Egipcjanin na kursie instruktorskim w Polsce.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby porzucić turkusowe wody Morza Czerwonego i robić kurs instruktorski w odległym kraju nad Wisłą. Może to, że od kilku lat pracowałem i nurkowałem z Polakami? Sam nie wiem, Wasz język jest trudny, ale pracując tylko z Polakami powoli uczyłem się mówić i pisać po polsku. Wszyscy wiedzą, że gramatyka jest dziwna, jeszcze dziwniejsza ortografia, do tego same obcojęzyczne słowa :-). Zaczęło się w czerwcu 2006 roku. Sądziłem, że jestem gotowy do podjęcia wyzwania. Wydawało mi się, że  wystarczająco dobrze znam język polski. Spakowałem się i poleciałem do Warszawy. Otworzyły się drzwi samolotu i….. szok – ten wiatr, ten deszcz, brrrr. Był to początek października, więc w Europie zimno. Przyzwyczajony byłem do całorocznego słońca, a tu taka niespodzianka. Następnego dnia dostałem telefon, że mam jechać do Szczecina na kurs, moim guru był  Witek Śmiłowski. Wyjechałem o 6 rano. Z jednej strony byłem bardzo zadowolony, z drugiej wpadałem w coraz większy stres. To nie było dla mnie łatwe – Egipcjanin robiący kurs po polsku…  Przez kilka godzin spędzonych w pociągu natrętne myśli nie dawały mi spokoju. Nie będę udawał bohatera – chciałem zawrócić, niestety (a może na szczęście) pociąg jechał dalej i w pewnym sensie zadecydował za mnie. Ostatecznie około południa,  w kiepskim nastroju dotarłem do Szczecina. Po kwadransie stałem przed hotelem WDS, w którym miałem się zakwaterować.Zadzwoniłem do Michała – asystenta Witka i po kilku minutach (byłem w szoku) dotarłem na wykład prowadzony przez samego Tatę (tak wszyscy kursanci nazywali Witka Śmiłowskiego – doskonałego kurs dyrektora, który dla wszystkich podopiecznych jest jak prawdziwy ojciec). Katorżnicza nauka zaczęła się tak szybko, że nawet nie zdążyłem się przedstawić! Kariera instruktorska startowała w strasznych bólach. Cały kurs był dla mnie koszmarem. Stres, nerwy, fizyka, fizjologia, sprzęt nurkowy – wszystko po polsku. Od razu zdałem sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Oprócz poznania olbrzymiego materiału – podręcznik ma ponad 600 stron, zmagałem się ze słownictwem. Okazało się że wielu wyrażeń technicznych jeszcze nie znałem. Chciałem wracać do domu. Byłem pewien, że nie zdam. Moja nauka polegała na tym że po zajęciach, kiedy wszyscy zamykali się w swoich pokojach, ja zaczynałem od nowa studiować całe wykłady i przekładać nazewnictwo na język angielski. Taką metodą pozbyłem się 8 kg  podczas całego kursu, co stanowiło znaczny procent mojej wagi. Pod koniec kursu, po ośrodku zamiast mnie snuły się same kości i wielkie, przerażone oczy. W pewnym momencie ze zdenerwowania złapałem blokadę i zacząłem mówić tylko po angielsku – umysł nie dopuszczał do siebie myśli, że potrafię porozumiewać się po polsku. Wmówiłem sobie, że jestem głupi i straciłem wszelką nadzieję na szczęśliwe zakończenie kursu. Przez kolejnych 14 dni spałem po 3 godziny na dobę. To było straszne.  Wreszcie nadeszła chwila, że wiedza w języku polskim zaczęła się sama pakować we mnie 🙂 (wcześniej zrobiłem dla niej miejsce drastycznie chudnąc). Pamiętam, że cały czas Tato (Witek) i kadra byli dla mnie niesamowitym wsparciem i wciąż mi pomagali.
Teoria to jedna sprawa, ale nadszedł czas na praktykę. Dzięki doskonałemu doborowi terminu kursu trafiłem na zimny październik i nurkowania nawet przez Polaków zwane ekstremalnymi. Nie byłem sam, przywiozłem 6 mm piankę bez kaptura – nigdy wcześniej nie był mi przecież potrzebny. Podczas pierwszych zajęć przeżyłem szok termiczny. Po wejściu do wody i 20 minutach treningu miałem kłopot z koordynacja ruchów. Tak sobie myślę, że pewna firma wymyśliła maskę z komputerem, a ja uważam że na takie wody powinien ktoś wymyślić maskę z stabilizatorem trzęsącego się obrazu – jak w aparatach fotograficznych.  Na pewno na kurs bym sobie taką kupił, żeby cokolwiek widzieć pomimo dreszczy. Jak zwykle nowi koledzy nie zawiedli. Dostałem rękawice, kaptur i dużo wsparcia oraz wyrozumiałości. Nie denerwowało ich nawet moje – tak dekoncentrujące podczas ćwiczeń – grzechotanie wszystkim co miałem przy sobie pod wodą:-).
Nadszedł czas końcowego egzaminu. Wyczerpany wkuwaniem manuala w bezsenne noce, przyszedłem do sali wykładowej. Tutaj czekała na mnie niespodzianka. Dostałem od Witka arkusze egzaminacyjne po arabsku. Wiem że to był wielki gest w moją stronę. Niestety po przeczytaniu paru punktów zrozumiałem że nic nie rozumiem :-). Powód był taki że ucząc się języka technicznego nie znałem tych zwrotów w języku arabskim. Minęło 10 minut i podszedłem do Witka prosząc jednak o arkusz w języku polskim. Nie znaczy to wcale, że już nie mówię po arabsku, naprawdę dalej płynnie posługuję się ojczystym językiem.

Zdałem egzamin – od 7 lat jestem instruktorem nurkowym. Od 7 lat uczę Polaków.

Z perspektywy czasu widzę, że dla chcącego nic trudnego, zawsze chciałem być instruktorem w polskiej bazie nurkowej i udało mi się to zrealizować. Chciałem uczyć i rozmawiać w tym trudnym języku i tak zrobiłem. Dalej się uczę, nadal mam wiele pytań, ale teraz jest już z górki.:-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.